Nowela Nieziemski Welon 1

Kapitan ciągle był obojętny wobec wszystkiego, co działo się dookoła. Wysiadł że statku 3h temu i rozglądał się po okrytym nocą doku.

Po pół godzinie byli już gotowi, jechali saniami w górę, do przesmyku, a dalej z powrotem na równiny i na północ.

Psy przy pierwszych saniach odbiegły z piskiem w kierunku ciemnego lasu.

Wzbudziło to niepokój wśród jadących na dalszych saniach. Głośne szczekanie zabierało odwagę nawet najbardziej hardym z mężczyzn. Nie wiedziałem czy natkneliśmy się na złodziei, rabusiów czy Ali Babę i czterdziestu rozbójników.

Sanie zatrzymały się przy leżącym w zaspie rannym mężczyźnie. Urywanymi zdaniami, bezładnie mamrał coś o dużym dzikim zwierzęciu w mundurze.

Spodziewałem się najazdu nieprzyjaciół, ostrzegali nas, że pierwsi chcą zająć teren. Ludzie że statku Murraya i jego załogi. Posiadał zmutowane zwierzęta z sylwetką ludzką wyrzeźbioną jak ciało Herkulesa.

Antoś wtulał się sam w ciepły kożuch, chciał być jak najbliżej matki, cicho płakał. Bał się zwierząt i ciemności. Siostrzyczka czekała na niego w domu, pod opieką cioci. 

Mama ukrywała się przed ojcem, który był przeciwny jej małżeństwu. Przeprowadzała się do innego miasta, wioząc prawie wszystko co posiadała ze sobą.

Kapitan wiedział, że ma pod swoją opieką dużą grupę ludzi, jest za nich odpowiedzialny. Czuł, że będzie musiał przeciwstawić się wyłaniającym się z ciemności ludoluchom. Znał ich. Zastanawiał się jak zrobić to po koleżeńsku, aby dotrzeć przed świtem do Prostadu.

Na policzkach mróz wymalował mu nieduże silne rumieńce. Poprzedniego roku dostał nagrodę miedzygalaktyczną Znajma (coś jak nagroda Nobla) z dziedziny Mediacji i Mediumizmu. Bardzo kochał ludzi ma charakter obrońcy. Wiedział jak się wczuć w inną istotę, jak porozumieć się z nią w sposób, który dotrze do najgłębszej części jej duszy. Widział w każdym z kim się spotkał wielkie dzieło Boskie, z wszystkimi jego doskonałymi darami i talentami, rozwiniętymi i czekającymi na staranne cierpliwe szlifowanie przez praktykę.

Skierował się ku osobnikowi na przedzie grupy. Miał w kieszeni zawiniątko, prezent dla taty. Musiał go poświęcić dla pokoju i dobra sprawy. Kulił się z zimna,  wolną ręką zaciskając prezent podszedł na odległość 15 metrów do 1,5 raza większego ludolucha. Chuchał przez otwór między szalikiem, a czapką zamarznięte palce.

Wynegocjował tylko połowę sań i załogi. Żal mu było niewinnych, którzy musieli zmienić trasę i podążać za nowymi przywódcami.

Ruszamy.

Po miękkich zaspach stanie płyną jak po falach

Ona poszła piechotą. Synek śpi w saniach z opiekunką. Nie wie, że jestem przyjacielem jej ojca, który mimo wszystko zlecił mi dbać o nią w podróży i zachować w tajemnicy uczucie, którym nadal ją darzy.

Przyniosła wstyd całej rodzinie i została wygnana.

Modlił się, żeby nie było ludzi, którzy zbyt szybko wydają osąd. Wynik ostateczny należy do Ostatecznego, do Króla Świata, który zawsze patrzy na nas z góry. 

Z gwiazd można przewidzieć los każdego człowieka, jednak tej nocy gwiazdy milczały. Udało mi się obronić tę noc, nie wiem czy calą wyprawę.

Z szarego nieba sypał drobny suchy szary śnieg.

Zwierzchnik Ludolucha, do którego się podłączyłem wczoraj przed północą znał Króla mojej OJczyzny. To wielcy przyjaciele, Kallel i Pallachiah.

Jechaliśmy końmi wśród brudu, w trzepoczących siodłach. Karawana została rozładowana, a ludzie rozeszli się do domów i hosteli.

Gdyby nie wojna zwolnił bym się z tej służby. 

Odczytałem mu rozkazy ze schowane w ołowiowej lufie karteczce.

Dalsze naboje nabite były złotem.

W gwiazdach zapisane były księgi obcych cywilizacji.

Nie zostało mi nic więcej, tylko marzenia.

Nie myślałem o nich zbyt często, dryfowały na powierzchni mojej świadomości, dostępne dla wszystkich, bez żadnego ładunku emocjonalnego.

Moje uczucia, myśli i zamiary były przeglądane przez każdego, kto odważył się spojrzeć w moje trzecie oko.

Dwa lata temu byłem w tym samym porcie, w dzień. Z Nieba spływało na Ziemię olśniewające światło, cały nieboskłon był koloru jasnego błękitu. Patrzyłem w dal zasłaniając oczy ręka. Światła było tak dużo, że raziło odbijając się od każdej metalowej i szklanej powierzchni. Obejrzałem się. Za mną stała siostra kobiety, którą asekurowałem zeszłej nocy.

Nie znałem jej osobiście, wiedziałem kim jest i jak się nazywa. Przed wyjazdem na Urufę, widywałem ją zawsze na tej samej ulicy, blisko mojego budynku. Zamierzała w kierunku kiosku z gazetami i kwiatami. 

Nie byłem zdecydowany czy wyjechać na stałe, czy tylko na krótką, roczną, może dwuroczną delegację.

Mieszkałem poprzednio tymczasowo na innych planetach, lecz nigdy dłużej niż 6 miesięcy.

Nie lubiłem przywiązywać się do miejsc, ani do ludzi.


Comentarios